Tajemnicza gorączka męczy Marinette, chwilę później wyrastają jej czułki, a żeby było jeszcze gorzej Adrien poznaje prawdę i sam wyznaje, że jest... Czarnym Kotem...
Adrien wylądował na pośladkach, obijając sobie całe tyły. Jęknął z bólu.
— A myślałem, że koty spadają na cztery łapy — zaczął narzekać.
Podniósł się, choć ścierpł na tyle, że przyszło mu to z trudem. Przeciągnął się, po czymrozejrzał po okolicy — nie znał jej. Złapał się za głowę, próbując przypomnieć ostatnie wydarzenia. Pamiętał Marinette i mistrza Fu. Rozmawiali ze sobą, następnie zaczęli z dziewczyną się droczyć, a na końcu jedna, wielka pustka.
— Marinette! — zawołał.
Odpowiedział mu tylko klakson samochodu.
— Plagg. — Sięgnął do kieszeni, by wyciągnąć z niej kwami. Nie było go tam. — Co…
Rozejrzał się po okolicy. Oczywiście rozpoznał jedną z ulic Paryża. Tylko w tym mieście wisiały tak wielkie billboardy z jego twarzą, ale na tym jego wiedza się kończyła. Ostrożnie wychylił się z uliczki. Tłum dzieciaków przeszedł obok niego, skandując imię Biedronki i Czarnego Kota. Wszyscy trzymali na sznurkach balony z podobiznami bohaterów, a jeden z chłopców nosił nawet koszulkę z wizerunkiem Czarnego Kota. Adrien odruchowo uśmiechnął się.
To Biedronka była prawdziwym bohaterem, nie on. Wszyscy w Paryżu uwielbiali ją, ale czasami zapominali o kochanym kocie, który nadstawiał karku dla swojej ukochanej. A pod maską jego ukochanej cały czas ukrywała się Marinette. Jak mógł tego nie dostrzec? Wyglądały identycznie. Przecież nie była obcą mu osobą. Niemal codziennie spotykał dziewczynę w szkole. Słyszał jej głos. Widział twarz. Nadal nie rozpoznał.
Adrien schował się z powrotem do alejki. Był idiotą. Prawdziwym idiotą. Teraz dopiero dostrzegał w jak wielu kwestiach Plagg miał rację. Jego miłość okazała się krucha, nic nieznacząca wobec prawdziwego życia.
Zdawał sobie sprawę z prostego faktu. Kochał Biedronkę, nie Marinette. Nie zamierzał nikogo okłamywać, a tym bardziej siebie. Już zbyt wiele kłamstw otoczyło go w ciągu ostatnich lat. Może powinni wcześniej wyznać o sobie prawdę. Jednak stało się jak się stało i niczego już nie dało się cofnąć.
Miał w tym momencie szansę, by nie popełnić kolejnego błędu. Dlatego obiecał sobie, że zwierzy się z niepewnych uczyć. Potrzebowali czasu, żeby poukładać sobie sprawy.
— Dzieciaku! — usłyszał piskliwy krzyk gdzieś znad siebie. Rozpoznałby ten głos wszędzie.
— Plagg! — zawołał kwami. — Tutaj jestem.
Pomachał, a potem schował się za ścianą, gdy parę ciekawskich oczu spojrzało ku niemu. Plagg jednak zdążył zauważył Adriena, bo już po chwili zawisł na wysokości oczu chłopaka.
— Skończyłeś już się lizać i możemy wracać?
— Jakie „lizać”? — dopytał się Adrien.
— Dziwnie się zachowywałeś. No, to znaczy dziwniej niż dziwnie, kiedy jesteś w stanie miłosnym — poprawił się. — Nieważne. Istotne jest to, że zwariowałeś. Zacząłeś warczeć i uciekłeś z pokoju.
— Ja?
— A niby ja? — Plagg pacnął się łapką w pyszczek. — Trzymajcie mnie święte serki, całkowicie zgłupiał.
— Weź, Plagg, to poważna sprawa — skarcił przyjaciela. — Nic nie pamiętam.
— Nic nowego. — Westchnął. — Zaczęło się głupot, a teraz nic nie pamiętam. Wydawało mi się, że Marinette gdzieś tu była, to znaczy… Biedronka. Marinette jest naprawdę Biedronką.
— No i się zaczyna… — mrugnął pod nosem Plagg. — No, dobra, miejmy dramę za sobą. Słucham.
Adrien o wiele podejrzewał kwami, ale nie o to, że zacznie go na poważnie słuchać. Nawet jeśli kierował się innymi pobudkami, aniżeli chęcią pomocy przyjacielowi.
— Marinette to Biedronka.
— Wiem — odparł swobodnie Plagg.
— Wiesz?
— Wiem.
— S…?
— Nie pamiętasz?
— Nie pamiętam.
— Na pewno nie pamiętasz?
— Nie… — nim dokończył, coś zaświtało mu w głowie. Walka z dyrektorem szkoły, oddali fałszywe miracula Władcy Ciem, zamknęli wtedy oczy, ale… — Ty i Tikki wszystko widzieliście — dokończył, pokiwując głową. — I przez cały czas…
— Wiedziałem — przyznał szczerze. — Życie miłosne to osobista sprawa. Ja kocham camemberta, a ty Biedronkę. Żadne z nas nie wtrąca się w sprawy miłosne drugiego.
— Ale Plagg? — Nie znalazł odpowiednich słów, które opisałyby jego złość i zawód. Nie ujawnili swoich prawdziwych tożsamości, tak sobie obiecali, ale Adrien był cały czas przekonany, że Biedronka to ktoś obcy.
— Drama. Sama drama. A może byś tak zauważył, że nie tylko z tobą się coś dzieje?
— Domyślam się, że Marinette to przeżywa, ale…
Plagg zasłonił mu usta łapką.
— Dzieciaku, raz w życiu zejdź na ziemię. Marinette przydarzyło się to samo co tobie.
Adrien zamrugał kilka razy ze zdumienia. Docierało do niego powoli, bardzo powoli. W pierwszej chwili sądził, że tylko się przesłyszał, ale już w drugiej przypomniał sobie tę pustkę w głowie, brakujący fragment pamięci.
— Dlaczego mi wcześniej nie powiedziałeś?
— Sam chciałeś porozmawiać o „problemach miłosnych”.
— Tak, ale w tej chwili bezpieczeństwo Biedronki jest najważniejsze.
— Co ty nie powiesz, dzieciaku? A ja myślałem, że ważniejszy jesteś „ty”. Powiedz „kocham cię”, ona da ci kosza, poryczysz się jak dziecko, a później zaczniesz nowy dzień. Po co się dołować? Nie pierwsza i nie ostatnie nie nabierze się na twój anielski uśmiech.
Adrien parsknął śmiechem, choć nie najlepszy był na to moment.
— Dzięki. Jestem ci winny cały kontener camemberta.
— Trzymam cię za słowo.
Stanął pośrodku uliczki. Koniec Adriena i Czarnego. Istniała tylko jedna osoba, a skoro jego ukochana poznała już prawdę, nic nie stało na przeszkody, by zacząć być… sobą.
— Plagg, wysuń pazury!
Czarna błyskawica zatańczyła wokół ciała Adriena. Moc skłębiła się w chmarę ciemnego dymu, który otoczył go w niedającym się okiełznać szale. Pierwsza z linii magii pękła, a na jej miejsce wszedł czarny ogon. Patrzył jak oczarowany. Powinien uciekać albo przynajmniej zadrżeć ze strachu, lecz piękno błyskawic pochłonęło go w tanecznym rytmie, który nakazał mu dołączyć w tańcu. Obrócił się więc. Serce zabiło mocniej. Z każdym krokiem czuł, jak szaleje coraz mocniej, a może mu się tylko wydawało. Głosy w myślach szalały. Głosy, które nie należały do niego. Jeden pochodził ze starożytnego Egiptu, drugi narodził się w średniowiecznej europie, trzeci chwalił się wyczynami w latach dwudziestych….
— Idź — rzekły równocześnie.
— Chyba właśnie przeżyłem jakiś stan Avatara.
Zamachał ogonem. Prawdziwym ogonem. Obejrzał się przed ramię. Czarny, puchaty ogon zamachał mu na powitanie.
— Mam ogon — stwierdził obojętnym tonem. — Prawdziwy ogon…
Skoczył na budynek, odbił się od niego i poleciał w stronę bloku. Spadł na cztery łapy, po czym pobiegł w kierunku szkoły, którą dostrzegł z oddali. Zatrzymał się jednak, gdy usłyszał hałasy dobiegające z okolic przejścia dla pieszych. Zawiesił się na ogonie, do góry nogami na lampie i zabujał. Rozejrzał się w około. Grupka dzieciaków przeszła przez przejście, wykrzykując radośnie imię Biedronki na całą ulicę. Uśmiechnął się odruchowo.
Marinette była tą bohaterką. Nawet jeśli chciał tego wcześniej przyznać, miał jakieś wątpliwości, to pod maską kryła się wciąż jedna i ta sama osoba — jego Biedronka. Pomylił się raz, drugi nie zamierzał.
Wskoczył więc na budynek i nadstawił kocie uszy. Hałasów było wiele, nie rozpoznawał większości, ale gdyby w tym tłumie udało mu się znaleźć choćby drobny ślad Biedronki, to byłby wdzięczny.
— Czarny Kocie! — usłyszał nagle za sobą.
Pisnął i ze strachu odskoczył za siebie. Serce zaczęło walić mu jak szalone. Złapał się za pierś i wziął głęboki wdech. Mistrz Fu pokręcił zawodząco głową.
— Musisz się jeszcze wiele nauczyć — szepnął, a jego w głosie dało się wyczuć nutkę zawodu. — Pamiętaj, że siła prawdziwego wojownika zawsze kryje się w jego sercu.
— Czyli mam szukać Biedronki „sercem”? — dopytał się. — Ale to nie ma sensu. Miłością jej nie znajdę.
Mistrz Fu westchnął.
— To tylko taka metafora — wyjaśnił, a potem mruknął pod nosem: — Czy dzisiejszej młodzieży nikt nie uczy, żeby nie brać wszystkiego dosłownie, co się do nich powie?
— Rozumiem. Rozumiem. Czyli co mam zrobić? — zastanawiał się Adrien. Chwycił za Futrzaste ogon i pokazał go mistrzowi Fu. — To żyje.
— Widzę, widzę, chłopcze. Miraculous zmienia się. Moc nie zależy jedynie od samego źródła, ale również od tych, którzy ją dzierżą. Ty i Marinette dotarliście do tego momentu, w których moc zaakceptowała was.
— Czuję się jak w jakiś „Gwiezdnych wojnach” — mruknął pod nosem Adrien.
Mistrz Fu zmarszczył gniewnie brwi.
— To znaczy, oczywiście… — Kaszlnął. — Dziękuję ogromnie za tę moc. Postaram się ją wykorzystać właściwie.
— I tak powinno być — przytaknął starzec. — A teraz znajdź Marinette, kiedy nie jest jeszcze za późno.
— Za późno? — zdziwił się.
— Nie chcemy, żeby ktokolwiek poznał wasze prawdziwe tożsamości.
— A, tak, tak — zgodził się. — To co mam zrobić?
— Zamknij oczy i skup się.
Adrien zacisnął powieki. Zaczął nasłuchiwać, lecz im dłużej stał jak kołek na dachu budynku, tym dłużej wątpił w to, że odnajdzie Marinette. Tak wiele głosów do niego docierało, tak wiele dźwięków. Powtarzał sobie w myślach, że musi się skupić. Mistrz Fu obserwował go. Wciąż jednak nie potrafił. Kocie uszy zawodziły go, a może on sam nie umiał sobie poradzić z nowymi mocami.
— Aaa! Czułki?! — usłyszał donośny pisk, który aż zabrzęczał mu w uszach.
Odwrócił się i otworzył niepewnie oczy. Palcem wskazał na kierunek, w pobliżu ratusza.
— Tam — zwrócił się do mistrza Fu.
— Dobrze, więc idź i przyprowadź ją.
Adrien kiwnął niepewnie. Spojrzał jeszcze raz w stronę, z której dobiegł pisk.
— A jak w ogóle się mistrz tu… — urwał. Odwrócił się i nikogo już nie było za nim. Podszedł do wejścia na dach i pociągnął za drzwiczki — były zamknięte. — Magia — stwierdził, a potem uśmiechnął się.
Skoczył w głąb ulicy. Odepchnął się kijem od ulicy i pognał do Marinette. Skakał dalej niż wcześniej. Nie odpychał się kolejnych budynków tak często jak dawniej. Czuł też, że zwiększyła się siła w jego nogach. Nie męczył się. Jednak pomimo tych wszystkich zmian, nie uważał się za silniejszego. Gorzej, sądził, że stał się teraz śmiały. Sztuczny ogon i uszy mu wystarczyły, ale teraz, gdy były żywe, łatwiej go można skrzywdzić.
Pokręcił głową. Nie, nie powinien teraz o tym myśleć.
Zeskoczył do alejki, skąd dochodziło jakby skomlenie. Zauważył cień na samym skraju ślepej uliczki.
— Biedronka? I czuję małe deja vu… — Stanął w miejscu i zastanowił się przez moment. Faktycznie tego samego dnia śledził Marinette. Ukryła się wtedy za śmietnikiem. Tyle się wydarzyło od tego czasu, że wydawało mu się, że minęło kilka dni, a nie kilka godzin. — Biedronka, czy wszystko w porządku?
— Nie! — krzyknęła.
Marinette wyszła, trzymając się za głowę. Adrien był pewny, że chowa pod nimi czułki.
— Ja mam ogon i uszy. — Wypiął pośladki i pokazał czarny, włochaty ogon.
Zbliżyła się i niewiele dotknęła futerka. Adrien odskoczył. Załaskotało. Przyjemnie, ale nadal załaskotało go, by tylko musnęła go palcem.
— Nie tykać — ostrzegł groźnie. — To łaskocze.
Westchnęła.
— Ze mną troszkę gorzej…
Odsunęła ręce. Czarne czułki zadygotały kilka razy, a potem zatrzymały się w miejscu. Adrien niepewnie podszedł i trącił jedną z nich.
— To żyje — szepnął, zabierając rękę.
— Oczywiście, że żyje, głupi kocie! — oburzyła się. — I jak mam teraz z tym czymś walczyć? Nie, nie, nie, nie możliwe. Nie da się. A jak coś mnie za nie złapie? W ogóle po co mi one? Przeszkadzać będą tylko. O, nie, nie, nie, coś jest nie tak. Będę próbowała złapać akumę i wtedy zaczepię się o jakieś kraty nade mną, przewrócę, ona ucieknie i cały Paryż stanie w płomieniach! — krzyknęła donośnie.
Adrien zamrugał kilka razy ze zdziwienia. Odsunął się, aby uniknąć uderzenia, gdy Marinette swobodnie wymachiwała rękoma na prawo i na lewo. Nagle zamarła. Przykucnęła i znów schowała czułki w dłoniach.
— Mam ochotę umrzeć… — wyżaliła się. — Po co mi czułki?
— Wyglądasz w nich słodko.
Spojrzała na niego wielkimi, zdziwionymi oczami, a potem zarumieniła się cała. Z zawstydzenia odwróciła się.
— Wyglądam dziwnie — skomentowała, malutkimi kroczkami uciekając od Adriena.
— Mistrz Fu wytłumaczył mi, że to da nam nowe możliwości. I proszę, nie uciekaj — dodał, kiedy Marinette schowała się za jakimiś pudłami.
— Nie — fuknęła. — Nie chcę czułek.
Adrien zaśmiał się. Czy jako Biedronka, czy jako Marinentte wciąż była tą samą, słodką osobą, w której się zakochał.
Okręcił się w miejscu, a potem w podskokach zaszedł Marinette, kiedy ta próbowała schował czułki za uchem. Złośliwie pacną w nie palcami, żeby znowu zadygotały.
— Wyglądasz słodko — powtórzył, a potem wyciągnął ku niej dłoń.
Przyjrzała się jej z szeroko otwartymi oczami. Na początku sięgnęła ku Adrientowi, lecz w pewnym momencie jej ręka zadrżała w zawahaniu. Odsunęła ją nieznacznie. Wtedy Adrien uśmiechnął się szeroko. Nie mógł jej pozwolić odejść. Złapał ją więc w nadgarstku i przyciągnął do siebie. Pochwycił w mocnym objęciu.
— Cieszę się, że to ty jesteś pod tą maską, Marinette — szepnął jej do ucha.
Spojrzała na niego ciepłym wzrokiem, w którym kryło się niedowierzanie.
— Tak… — odparła niepewnie. — Co!? — wrzasnęła, a potem odepchnęła od siebie Adriena.
Chłopak poleciał na przeciwległą ścianę. Walnął się tyłem głowy w twardą powierzchnię i krzyknął z bólu. Ostry impuls przeszedł mu jakby po kręgosłupie, na moment unieruchamiając. Musiał przyznać, Marinette miała krzepę, a raczej Biedronka. Rozmasował obolałe miejsce i wstał.
Jego pierścień zapiszczał, chwilkę później kolczyki Marinette.
— He? — powiedzieli równocześnie.
Zerwali się jak porażeni i wyskoczyli z uliczki. Kończyła się im moc, więc zaczęli rozglądać się za miejscem, gdzie mogliby się ukryć. Nie mogli go jednak znaleźć. Kolejne sekundy mijały. Adrien czuł, jak przemiana w Czarnego Kota za moment się skończy.
Pusty magazyn. Gdy tylko go zauważył, pociągnął za sobą Marinette. Podskoczył w stronę małego lufciku. Zbił szybę kijem i oboje wskoczyli do środka w momencie, gdy Plagg i Tikki wyskoczyli z Miraculous.
Upadli na stos materacy i odetchnęli z ulgą. Nikt ich nie spostrzegł, ale z drugiej strony utknęli w zamkniętym magazynie.
— Wraz z nowymi mocami chyba odebrało wam rozum — odparł złośliwie Plagg. — A teraz poproszę serek… — Wysunął niewinnie łapkę.
— Czy ja ci wyglądam na przechowalnię sera?! — oburzył się Adrien. Wstał i wyjął wszystkie kieszenie na wierzch. — Nie mam nic do jedzenia.
Zamarli, a potem równocześnie spojrzeli na Marinette. Nie miała ze sobą torebki. Nie miała ze sobą niczego, w czym mogłaby trzymać cokolwiek do jedzenia.
— Marinette powiedz, że… — zaczął, ale wtedy dziewczyna mu przerwała:
— Nie mam. Zostawiłam wszystko u mistrza Fu. — Otrzepała się z kurzu i minęła Adriena. — utknęliśmy. Skąd w ogóle wpadłeś na pomysł, żeby tu wskoczyć?
— Tak, najlepiej było przemienić się w środku Paryża, żeby wszyscy zobaczyli, kim naprawdę jesteśmy… — Westchnął ciężko i dodał: — Zrobiłem to, co należało.
— Należało?! — znowu uniosła głos. — Nie wierzę! — Złapała się za głowę i zaczęła chodzić w kółku. — Dlaczego to zawsze mnie spotyka? Czy coś złego zrobiłam? O, nie, nie…
— Ciebie?! — zdziwił się Adrien. — Ja też tu jestem pokrzywdzony! Przepraszam, że to ja jestem Czarnym Kotem, ale tak wyszło.
— Wyznałeś mi miłość — stwierdziła nagle.
Adrien aż się zaczerwienił. Na moment odebrało mu mowę, ale później słowa już poleciały same z ust:
— Bo kocham Biedronkę. Nie ciebie, ale to ty, więc już nic nie wiem…
— No właśnie, to jest dziwne. Kocham ciebie, ale nie kocham Czarnego Kota.
— Kochasz mnie? — Musiał się przesłyszeć. Echo źle działało w magazynie, może poplątał słowa i usłyszał to, co chciał. — Zaraz, czy możesz powtórzyć?
Marinette aż coś wstrząsnęło. Odwróciła się i podeszła aż pod samą ścianę. Oparła się dłońmi i kilka razy uderzyła czołem. Adrien pokręcił głową. Miał do tego złe przeczucia. Nagle Marinette zamachnęła się i uderzyła z całą siłą w ścianę. Aż coś chrupnęło.
— To tylko złe echo… — powiedziała z daleka.
Adrien odepchnął z ulgą. Czyli jednak przeżyła…
— Echo tak nie działa — skomentował, choć jeszcze chwilę temu sam wpadł na taki pomysł.
— Działa — zaprzeczyła szybko, niewinnie rozglądając po magazynie. — Echo to straszna rzecz.
— Marinette… — zaczął, ale nie wiedział, jak dokończyć. Chciał usłyszeć wyznanie jeszcze raz. Upewnić się, że nie tylko on miał problem z zaakceptowaniem całej tej sytuacji, ale nie umiał dobrać właściwych słów.
— Echo — powtórzyła jeszcze raz, a potem usiadła w kącie. — To koszmar.
— Koszmar? — Adrien zmarszczył czoło ze złości. — Czy ty siebie słyszysz? Ja jestem koszmarem?
— Ty, ja, oni! — Wskazała po kolei na Adriena, potem na siebie, a na końcu na kwami. — To jest koszmar! — pisnęła na cały magazyn, a jej głos odbił się echem między ścianami. — Echo. Działa. Widzisz.
— Tak echo nie działa, już ci mówiłem! I wyznałaś mi przed chwilą miłość — przypomniał jej.
— Nie! — wrzasnęła w odpowiedzi. — Nic takiego się nie zdarzyło.
— Oj, Marinette… — Tikki podleciała do swojej przyjaciółki i pogładziła ją po głowie. — Nie musisz…
— Właśnie. Przytulcie się, pocałujcie, załóżcie rodzinę, a mi dajcie w końcu camembert! — odezwał się Plagg złośliwie.
Tikki rzuciła mu ostre spojrzenie. Aż zadrżał z przerażenia. Wsunął się po cichu do kieszeni Adriena i zaczął udawać, że go tu nie ma.
— Tchórz — podsumowała Tikki, kręcąc małym łebkiem. — Marinette, porozmawiaj normalnie z Adrienem…
— Porozmawiaj?! — oburzyła się. — To wszystko wygląda na jakiś kiepski żart. Najpierw boli mnie ciało, oczywiście muszę uciekać, potem się okazuje, że Adrien to Czarny Kot, ale jakby tego było mało, coś nas zaczyna kontrolować, a na końcu dostaję czułki, a on ogon i uszy… CZY TO WYGLĄDA NA „NORMALNIE”?!
— Też jestem zdezorientowany. — Zeskoczył ze stosu materacy i podszedł do Marinette. — Tak, to dziwne, ale Władca Ciem może zaatakować w każdej chwili.
— To zadzwoń do niego i poproś, by tego nie robił.
— I niby jak to widzisz? Dzwonię i „halo, tato. Nie przejmuj się. Jestem tylko Czarnym Kotem i razem z Biedronką utknąłem w starym magazynie i tak sobie dyskutujemy, że byłoby miło, gdybyś jednak nie atakował Paryża. Tak, wiem, że jesteś Władcą Ciem. O!” — urwał na moment i zwrócił się ku Marinette. — „Proszę tylko zapomnij o tym, że jestem Czarnym Kotem. Do zobaczenia w domu. Obiecuję, że nadrobię lekcje pianina!” — Westchnął ciężko, a potem wziął głęboki wdech powietrza.
Ręce położył na pasie i zaczął chodzić jak głupi wokół całego magazynu. Tylko brakowało, by jakiś przypadkowy przechodzień usłyszał ich krzyki. Zgłupiał totalnie, ale w tych okolicznościach trzeźwe myślenie było przereklamowane.
— Zaraz, zaraz… — kontynuowała Marinette. — Czyli to ja jestem winna temu, że twój ojciec to Władca Ciem.
— No, typowe kobiece myślenie! — Rozłożył szeroko ręce, a potem złożył je w geście modlitwy. — Amen, niech się stanie. Jestem zły, bo jestem zły.
— No to teraz powiedziałeś. Przykro mi, że to powiem, że jestem kobietą, więc mam prawo zachowywać się jak kobieta, a ty jesteś mężczyzną, więc nie wypada, żebyś miał w sobie pierwiastek kobiecy.
— A może mam prawo? — spytał, powoli tracąc cierpliwość. — Bo czuję zalatującą wszędzie dramę. Ja szczerze wyznaję ci miłość.
— Miłość względem Biedronki — poprawiła go.
— No cudownie, że akurat to musiałaś mi wytknąć.
— Mnie nie kochasz, więc w czym problem.
— Podobno akurat mnie kochasz, ale nie Czarnego Kota.
— Bo jesteś zarozumiałym, ciągle wygłupiającym się zwierzakiem!
— Taki jestem. — Położył dłoń na swojej piersi. — I wcale się tego nie wstydzę.
— Nie, nie jesteś! Jako Adrien jesteś wspaniałym, wyrozumiałym, spokojnym, uprzejmym i kochanym człowiekiem.
— A ty?
— Co ja?! — ryknęła Marinette.
— Jako Biedronka wielka bohaterka, odważna, dzielna, niczego się nie boi, a jako Marinette nie potrafi nawet przez pół sekundy ze mną porozmawiać.
— A jak mam niby rozmawiać, kiedy jestem w tobie zakochana?
— Chyba tym bardziej normalnie — zauważył.
— Co z tego? Jak widać, i tak nie byłbyś zainteresowany.
— Ja?! — zdziwił się. — Mogę nawet w tej chwili pójść z tobą na randkę. Możesz być spokojnie Marinette, ale ja będę Czarnym Kotem.
— A świetnie!
— Cudownie!
— Niebiańsko!
— Uroczo!
— Przepraszam… — odezwał się głos gdzieś z boku.
Marinette i Adrien równocześnie spojrzeli w tym samym kierunku. Mistrz Fu niepewnie do nich pomachał. Tikki i Plagg schowali się za strażnikiem, cali drżąc.
— Wyjdziemy i możecie iść na randkę. — Wskazał na otwarte drzwi. — Nie sprawdziliście, czy są otwarte.
Popatrzyli się na siebie wymownie i zaniemówili. Adrien nie był w stanie wydusić z siebie choćby jednego słowa. Pokłócili się. Pierwszy raz w życiu i zarówno jako Marinette i Adrien, jak i Biedronka i Czarny Kot. Chciało mu się śmiać. Zachował się jak absolutny dureń, ale może właśnie dobrze się stało… Przynajmniej wszystko sobie wyjaśnili. Bez skrupułów, ale i szczerze.
Westchnął ciężko i wtedy poczuł, jak Marinette dotyka jego dłoń. Nieśmiało zacisnął jej wąskie palce. Jeszcze dzień wcześniej, gdyby ściskał tę samą dłoń, mógłby przyrzec, że należy do Biedronki, nie do Marinette.
— Spróbujemy? — zapytał niepewnie, kiedy mistrz Fu wyszedł z magazynu.
— Spróbujmy — odpowiedziała, a potem przybliżyła się do Adriena.
Nie wiedział, co przyniesie kolejny dzień i następny, i następny, ale pragnął ściskać tę dłoń — tak samo jak wcześniej. Nic się nie zmieniło. Zwyczajnie opadła maska, by mógł w pełni zobaczyć piękny uśmiech ukochanej. Nawet jeśli teraz się bał, wierzył, że przezwycięży strach.
Nie wiedział, co przyniesie kolejny dzień i następny, i następny, ale pragnął ściskać tę dłoń — tak samo jak wcześniej. Nic się nie zmieniło. Zwyczajnie opadła maska, by mógł w pełni zobaczyć piękny uśmiech ukochanej. Nawet jeśli teraz się bał, wierzył, że przezwycięży strach.
Drogi Czytelniku, jeśli rozdział/opowiadanie/one-shot spodobał Ci się, chcesz zobaczyć więcej rozdziałów, wesprzeć mnie choćby kawą, to zapraszam. Masz dwie opcje do wyboru:
* Paypal - https://www.paypal.me/rolaka
* Patronite - https://patronite.pl/rolaka

0 Komentarze