Tajemnicza gorączka męczy Marinette, chwilę później wyrastają jej czułki, a żeby było jeszcze gorzej Adrien poznaje prawdę i sam wyznaje, że jest... Czarnym Kotem...
Marinette zamknęła z hukiem książkę i spakowała ją do plecaka, nim Chloe zdążyła po raz kolejny skomentować jej gruby, babciny szal oplatający szyję. Ostatecznie rzuciła rywalce ostre spojrzenie. Zawinęła się jeszcze mocniej, kiedy Tiki szepnęła z torebki, że musi się spieszyć, a potem wybiegła z sali.
— A gdzie się to pani wybiera? — usłyszała za sobą.
Pomachała niezdarnie nauczycielce, posyłając jej krzywy uśmiech z końca korytarza. Nawet nie śniła, by się zatrzymać. Nie w tak kryzysowej sytuacji.
— Szybko — pisnęła cichutko Tiki.
Zegar wybił właśnie dwunastą. Marinette otworzyła oczy szeroko ze zdziwienia. Odruchowo złapała się za głowę i krzyknęła na całą szkołę:
— Nie!
Zasłoniła usta, a szczękę zacisnęła tak mocno, że żeby aż zazgrzytały. Spojrzała w prawo, potem w lewo. Wszyscy przyglądali jej się w osłupieniu. Dyrektor wyszedł ze swojego gabinetu. Coś powiedział, lecz Marinette pognała przez główny hol i wyskoczyła jak poparzona ze szkoły.
— Jest coraz gorzej — przypomniała jej po raz kolejny Tiki.
Nie musisz mi mówić, wiem, pomyślała, powstrzymując łzy w oczach, gdy powoli docierało do niej, że nie zdąży. Wzięła głęboki wdech, potem drugi i trzeci. Zacisnęła pięści w determinacji i przyspieszyła, przechodząc przez ulicę na czerwonym świetle. Samochód zatrąbił za nią — nawet nie przeprosić. Skręciła do bocznej uliczki i schowania się za koszem na śmiechu. Unoszący się smród z odpadów uderzył w nią ze zdwojoną siłą.
— Nie wytrzymam — wyznała Marinette, sapiąc ze zmęczenia. — Nie dam…
Opuściła ręce ze zrezygnowania. Nie miała już sił dalej uciekać. Nie miała już sił dalej tego ukrywać.
Podwinęła rękaw od długiej bluzy, którą założyła tego dnia ze szkoły. Ukrop lał się z nieba. Słońce jakby złośliwie świeciło tego dnia mocniej, choć przez ostatni tydzień padał deszcz bez żadnych przerw. Żadnego wiatru, nawet najmniejszej bryzy, żadnego cienia i żadnej chmurki, która choćby na moment dała trochę chłodu.
— Nie możesz! — upomniała ją Tiki, gdy rękaw znalazł się już przy łokciu.
— Nie dam rady — powtórzyła stanowczym tonem. — Tiki, to boli… — wyszeptała, po czym westchnęła ciężko.
Przyklęknęła. Dłoń ścisnęła na ramieniu. Bolesny impuls snów przeszedł po całej ręce. Skuliła się, zduszając w sobie z trudem agonalny krzyk. Zagryzła wargę, przebijając się aż do krwi. Cienka strużka spłynęła po brudzie i opadła na jasne spodnie.
— Marinette, trzymaj się, pójdę po pomoc — obiecała cienkim głosikiem Tiki.
Nie znalazła w sobie sił, aby choćby kiwnąć.
Wzięła trzy głębokie wdechy i oparła się o ścianę, gdy ból na moment zelżał. Zsunęła szal z szyi, po czym położyła go na kolanach. Palcami musnęła o szyję. Wybrzuszenia się powiększyły. Już nie były drobnymi, cienkimi okręgami, które zauważyła z rana. Przypominały w dotyku ogromne krosty, które wydawały się puchnąć szybciej niż przed długą przerwą.
— Tiki, szybciej — pogoniła kwami, przymykając oczy z bólu. Łzy zatrzymała pod powiekami, obiecując sobie, że rozpłacze się dopiero, gdy te krosty zniknął.
Kichnęła. Nos wytarła wierzchem dłoni, lecz znów coś zaswędziało ją. Otworzyła szeroko usta i wtedy usłyszała:
— Marinette, czy wszystko w porządku?
Zatrzymała w sobie kichnięcie. Wychyliła fragment głowy zza śmietnik. Adrien przeszedł obok niej, rozglądając się po ulicy i nadal ją wołając. Spojrzał w stronę zaułka — Marinette schowała się, w duchu błagając, aby jej nie zauważył. Szalikiem okryła szyję, bluzę zapięła, rękawy odwinęła, oby tylko ukryć wszystkie pęcherze.
— Marinette, jesteś tam? — zapytał ponownie Adrient.
Świat zawirował w jej oczach. Nie, nie, krzyczała w myślach jak oszalała, choć głos nie wydostał się z ust. Pot spłynął po jej twarzy, a dreszcze nasiliły, gdy kroki zdawały się zbliżać. Coraz bardziej i bardziej. W uszach zadzwoniło. Zasłoniła je dłońmi i pisnęła cichuteńko, prawie jak mała myszka. A po chwili zza śmietnika wyłonił się Adrien. Przetarła mokrą twarz i kiwnęła kilka razy głową, uciekając przed spojrzeniem kolegi z klasy.
— Co się stało? Zaraz zawołam nauczyciela...
Nim wstał, Marinette złapała go za nadgarstek i przyciągnęła do siebie. Przełknęła głośno ślinę, po czym rozejrzała się wokoło.
— Proszę, nie — wydusiła z siebie, puszczając Adriena. — Proszę — powtórzyła cichym, osłabionym głosem.
Przykucnął. Przełożył kosmyk jasnych włosów za ucho i westchnął.
— Marinette, co się stało? — spytał troskliwie, gładząc policzek dziewczyny. — Czy to przez Chloe?
Zdołała jedynie pokręcić głową.
Idź, proszę, chciała powiedzieć, lecz głos ugrzązł w jej gardle. Oddech stał się płytki, niemiarowy. Spróbowała wziąć głębszy wdech, lecz wewnątrz jedynie zakłuło, jakby kolce wbiły w miękką tkankę, raniąc przy każdym zetknięciem z powietrzem. Nagle bolesny impuls przeszedł po całych jej plecach. Zgięła się w pół, zduszając w sobie bolesny krzyk i wydając głębokie charknięcie.
— Marinette! — krzyknął Adrien. Chwycił ją ramionami i delikatnie nimi potrząsnął. — Idę po nauczyciela.
Nie, pomyślała, a moment później rozległ się znany pisk:
— Marinette, mistrz Fu już idzie!
Tiki zleciała z nieba i zawisła przed twarzą Adriena. Otworzył szeroko usta ze zdziwienia, a potem szturchnął Tiki w jej ciało.
— Au, to boli — pożaliła się. — Możesz prze… — urwała w połowie. Odwróciła się w stronę Marinette, potem znowu spojrzała na Adriena, jeszcze raz wbiła wzrok w przyjaciółkę, a końcu krzyknęła, odruchowo chowając się do torebki.
— Widziałem cię — stwierdził obojętnym tonem. — Kwami…
Wstał i okręcił się w miejscu. Nagle stanął naprzeciw śmietnika i wskazał palcem wprost na ścianę.
— To dlatego — powiedział.
Marinette na chwilę zapomniała o bólu. Co miały znaczyć słowa Adriena? Dlaczego zareagował w ten sposób? I przede wszystkim, najbardziej intrygowało ją, skąd wiedział o kwami?
— Marinette… — odezwała się cichutko z torebki Tiki — przepraszam, ja wiem.
— Wie… — odparł za nią Adrien, tak samo zaskoczony, tak samo zagubiony. — To dlatego źle się czujesz…
Odwiązał bluzę i rzucił ją gdzieś na bok. Spodnie luźno opadły z pasa, trzymając się na luźnym, starym pasku z kilkoma dodatkowymi dziurkami. Marinette nie znalazła sił, żeby zasłonić oczy. Zamiast tego zaczęła się przyglądać temu, jak Adrien grzebał w luźnych spodniach, aż wyjął z nich czarny, długi pas.
Oniemiała. Zamrugała kilka razy. Otarła oczy z łez i zdała sobie sprawę, że to nie pas, a czarny ogon.
— Biedronka, prawda? — spytał. — Czarny Kot, moja pani — przedstawił się i ukłonił. Ujął Marinette za dłoń. Pocałował jej wierzch. Jego twarz oblała się niewinnym rumieńcem, który nieudolnie przysłonił bluzą.
— Nie mamy czasu, musimy się spotkać z mistrzem Fu! — przypomniała Tiki, wskazując łapką na szalik.
Marinette odwinęła go, ukazując czarne, nabrzmiałe punkty, które piekły jak miejsca po poparzeniach z każdym, choćby najmniejszym dotykiem. Dobrze, że siedziała w cieniu. Nawet nie wyobrażała sobie, co by się stało, gdyby wyszła z ukrycia i pozwoliła gorejącemu słońcu paść na te gule.
— Okryj się — poprosił Adrien, samemu owijając szal Marinette wokół jej szyi. Uśmiechnął się blado, a ogon wraz z tym upadł jakby w zrezygnowaniu. — Plagg, wysuń pazury!
— Co…? — wycharczała w niedowierzaniu. Nawet jeśli wcześniej Adrien wyznał jej prawdę, nawet jeśli pokazał ogon, to nadal nie umiała pojąć, jak jej ukochany może być Czarnym Kotem. Jasne włosy odstawały we wszystkie strony, a słodki, delikatny uśmiech zastąpiły wyszczerzone radośnie zęby. W oczach pojawił się blask pełen szczęścia. Kochał Czarnego Kota. Kochał innego siebie — wolnego, cieszącego się z wygłupów i z towarzystwa Biedronki.
Byli podobni do siebie, ale i tak różni.
— Przepraszam, moja pani, ale lepiej stąd zmykajmy!
Wziął ją na ramiona i skoczył na dach budynku, omijając szalejącą na wietrze flagę. Podparł się nogami o komin i odbił się mocno tak, że poleciał na przeciwległy budynek. Marinette wcisnęła głowę w tors chłopaka, wydając z siebie cichy pisk pełen bólu i bezradności. Obrzęki wydawały się palić żywym ogniem, jak gdyby ktoś położył na jej ciało rozżarzone węgle. Gorączka trawiła ją. Dreszcze postępowały wraz z każdym podmuchem wiatru, wraz z każdym oderwaniem się od budynku. Skoki Czarnego Kota dążyły do nieskończoności. Jeden, drugi, a potem widziała już prze oczami jedynie czarne plamy.
Czyjś głos urwał się. Pewnie należał do jej kompana, lecz niknął w piszczeniu, które zajęło uszy. A potem nastała cisza. Zanurzyła się w pięknej, spokojnej ciemności, gdzie ból nie istniał. Niepotrzebne zmartwienia się skończyły wraz z ostatnim mrugnięciem…
Część I właśnie się skończyła, a będą jeszcze dwie, więc wyczekujcie ich w najbliższym czasie.
Drogi Czytelniku, jeśli rozdział/opowiadanie/one-shot spodobał Ci się, chcesz zobaczyć więcej rozdziałów, wesprzeć mnie choćby kawą, to zapraszam. Masz dwie opcje do wyboru:
* Paypal - https://www.paypal.me/rolaka
* Patronite - https://patronite.pl/rolaka

0 Komentarze