Tajemnicza gorączka męczy Marinette, chwilę później wyrastają jej czułki, a żeby było jeszcze gorzej Adrien poznaje prawdę i sam wyznaje, że jest... Czarnym Kotem...
— Marinette, obudź się w tej chwili! — usłyszała czyjś głos.
Przewróciła się na bok i odepchnęła szczupłą rękę, mrucząc pod nosem, że jeszcze pięć minut. Ziewnęła szeroko, drapiąc się po szyi.
— Marinette, nie jesteś w swoim pokoju — przypomniał jej głos.
Zerwała się z miejsca, stając na baczność tuż przez mistrzem Fu, który trzymał kubek z gorącą herbatą w środku. Uśmiechnął się ciepło i podał dziewczynie parujący napój. Podmuchała, nim wzięła pierwszy łyk. Gorzki smak wypełnił jej usta. Odruchowo skrzywiła się z obrzydzenia. Wysiliła się na sztuczny uśmiech wdzięczności.
— Co się stało? — spytała, rozglądając po pomieszczenia.
Kilkanaście świec zapaliło się w jednym momencie. Cień padł z okolic ściany, za którą znajdował się zachodni pokój. Marinette wzdrygnęła się na myśl, że ktoś tam stoi i może podsłuchiwać ich rozmowę.
— Klient? — wyszeptała do mistrza Fu.
Staruszek zaśmiał się gromko, a potem zwrócił się w stronę pokoju:
— Wyjdź. Lepiej załatwić rozmowę teraz niż później.
— Może… Może poczekamy jeszcze trochę. — Rozbrzmiał czyjś głos, a co gorsza, Marinette wydawało się, że należy do kogoś, kogo zna.
Pokręciła głową. Nie, to niemożliwe. Przykryła się ponownie kocem, gdy uznała, że w pomieszczeniu jest za zimno. Podrapała się po szyi i przymknęła oczy.
— Lepiej nie śpij — ostrzegł ją mistrz Fu.
— Ale jestem taka zmęczona. Tiki porozmawiaj z… — urwała. Gwałtownie podniosła się z podłogi, odgarniając na bok koc. — Ślady. Nie boli. Jak? — spytała na końcu, obmacując całe ciało. Podwinęła bluzkę i obejrzała szyję w lustrze. Była czysta. Żaden, nawet najmniejszy ślad, po wcześniejszych obrzmieniach nie został na niej.
— Trochę chińskiej medycyny i wiedzy o miraculach. — Mistrz Fu zabrał tacę z bandażami i pojemniczkami z maściami. — Nie przemęczaj się, to może wrócić.
— Dziękuję mistrzu. Zaskoczyło mnie to. I te obrzmienia, i… — Zastanowiła się. — Czym o czymś zapomniałam?
Usłyszała kroki. Ktoś wyszedł z pokoju, a potem nastała długa cisza. Marinette odruchowo przysłoniła oczy. Dlaczego to w ogóle zrobiła? Zwykła złośliwość umysłu czy istniał jakiś powód. Zdawała sobie sprawę, że powinna o czym pamiętać. Czyjąś twarz.
Sięgnęła głębiej, odtwarzając po kolei sceny ze ślepej uliczki. Tiki odleciała po mistrza Fu, ktoś poszedł za nią, a potem wywiązała się jakaś dziwna rozmowa. Złapała się za głowę i jeszcze raz pomyślała, kto to był, ale nic. Pozostała jedynie pustka.
Westchnęła ciężko.
Spojrzała w końcu stronę ściany. Uśmiechnięty od ucha do ucha Adrien pomachał w jej stronę.
— A więc o tym zapomniałam — mruknęła.
Oczy otworzyła szeroko ze zdziwienia. Odwróciła się i pochyliła nad podłogą, odliczając do dziesięciu. Kiedy skończyła, powróciła do dawnej pozycji. O dziwo, Adrien nie zniknął.
— Aa! — pisnęła na cały dom mistrza Fu. — Haha — zaśmiała się niespodziewanie. — Ja chyba zwariowałam albo mam zwidy.
— To chyba trochę niegrzeczne. — Z kieszeni Adriena wyleciało czarne kwami. — Plagg — przedstawił się. — Mam więcej kultury niż ty. Jednak koneserzy sera wyciągają coś z sera, a nie coś takiego. — Wskazał łapką na Marinette.
— Przepraszam, ale to dla mnie trochę zbyt wiele — wydukała mało wyraźnie. Zastanawiała się, czy ktokolwiek ją zrozumiał.
— Hej, Marinette — powitał ja dopiero po kilku minutach Adrien.
— No cudownie! — Plagg wyciągnął z kieszeni właściciela kawałek sera. — Na tyle cię stać? „Hej, Marinette” — przedrzeźnił Adriena. — Dzieciaki w dzisiejszych czasach to tchórze.
Tiki podleciała do Plagga i zdzieliła go w policzek łapką.
— Oj, weź siedź cicho — ostrzegła ostrym, nieprzenikliwym głosem. — A wy przestańcie, mamy poważniejszy problem.
Jakby na znak, czarny ogon wyskoczył ze spodni Adriena. Marinette obejrzała chłopaka od dołu do góry. Palcem przejechała w powietrzu, zakreślając linię, o której ogon się kręcił.
— To ogon — stwierdziła.
— Kolejna… — Plagg pokręcił głową. — Nic nie mówiłem. Nic a nic — dodał szybko, gdy Tiki przymierzyła się do kolejnego uderzenia. — Idę w niepamięć serową.
Poleciał do kuchni. Tiki usiadła przy Marinette.
— Nie martw się — pocieszyła przyjaciółkę. — I proszę, spokojnie.
Jak miała być spokojna, kiedy ogon Adriena owinął się słodko wokół jego ręki? Poza tym liczył się jeszcze fakt, że to właśnie sam Adrien przed nią stał, nie Czarny Kot, nie jakaś nieznana jej osoba, a chłopak, w którym podkochiwała się od dawna, a którego odrzuciła kilka razy.
Opadła z powrotem na poduszkę.
— Nie czas na sen, Marinette — ostrzegł ją mistrz Fu, zaparzając w czajniczku świeżą herbatę. — Musimy szybko działać.
— Co się z nami konkretnie dzieje? — wtrącił się do rozmowy Adrien. — Przepraszam, ale może… — Ukrył za dłońmi czerwone policzki. — Może później porozmawiamy o nas — dokończył. — Mój ogon wyrósł sobie, kiedy spałem. Nawet nie za bardzo bolało, ale Marinette?
— Ja?
— Eee… — Chłopak zawahał się. — Czułki — powiedział krótko.
— Czułki? — powtórzyła ze zdziwieniem.
— Czułki. — Kiwnął, jeszcze raz potwierdzając własne słowa. — Nad głową.
Sięgnęła ku włosom i napotkała na dwa, niezidentyfikowane obiekty, które wyrastały po obu stronach jej głowy. Złapała za nie i pociągnęła — zabolało. Ręce opadły dziewczynie bezwładnie. Zaśmiała się. Nie, to już musi się jej śnić. Najpierw Adrien, potem czułki, a na końcu Władca Ciem w spódniczce. Jednak jej wyobraźnia nie znała granic.
Chwyciła się więc za policzek i pociągnęła za niego mocno. Nic się nie zmieniło. Palnęła się w czoło, ku wielkiemu zaskoczeniu Adriena i mistrza Fu. Potem już tylko zostało jej wciąć resztki herbaty z kubka i wylać na czubek głowy. Chłodny napój spłynął po twarzy. Co gorsza, widok nie uległ zmianie.
— Nie śpię — oświadczyła drżącym głosem.
— Niekoniecznie — odpowiedział Adrien. — Spokojnie. Wiem, że to trochę dziwna sytuacja, ale później sobie z nią poradzimy, haha. Spokojnie, prawda?
Chwycił dopiero co zalały kubek z herbatą i napił się szybko, po czym splunął napojem w przeciwną stronę. Wystawił język, próbując go schłodzić.
— Gołące — powiedział niewyraźnie.
— Oczywiście, bo woda dopiero co się zagotowała — przypomniał mistrz Fu. — I zgadzam się z tym, że trzeba zachować spokój. Wiem, że ujawnienie waszych prawdziwych tożsamości to nie prosta sprawa, ale bądźcie silni. Teraz mamy ważniejsze sprawy na głowie.
Jego ostry, nieznoszący sprzeciwu tom przeszył dwójkę bohaterów. Równocześnie pochylili wstydliwie głowy i odparli:
— Przepraszamy.
— No, dobrze. — Mistrz Fu dumnie wypiął pierś. — A teraz musimy naprawdę poradzić sobie z tą sytuacją. Marinette, co się stało wczoraj?
— Nic! — odkrzyknęła gwałtownie. — Zwyczajna walka, koniec, rozeszliśmy się i poszłam spać, bo byłam zmęczona.
Mistrz zwrócił się w stronę Adriena.
— To samo — potwierdził słowa dziewczyny. — Walka, rozejście się i spać. Wcześniej tylko musiałem nakarmić Plagga tym śmierdzącym serem. — Aż zadrżał na wspomnienie o camembert. — Jak on śmierdział. Pewnie sam cuchnę nim od rana.
To prawda, zgodziła się Marinette, ale za żadne skarby nie zamierza pogrążyć Adriena. Od samego rana dało się wyczuć wydzielany od niego dziwny smród, jakby spleśniałego sera. Teraz rozumiała, skąd się wziął.
— Śmierdziałem, prawda? — Zmarszczył brzmi, spoglądając ku Marinette.
— Nie… — zabrzmiała sztucznie, wyjątkowo sztucznie. — Przepraszam. Tak, śmierdziałeś.
— Naprawdę, uważam, że kto śmierdział, a kto nie, jest tu najmniej istotne — wtrącił się znowu mistrz Fu.
Marinette zrzuciła koc i wstała. Rozprostowała ścierpnięte ciało, rozciągając je, aż po plecach przeszedł lekki ból. Jęknęła, kiedy w końcu poczuła, że żyje. Odpoczynek dobrze jej zrobił.
— Naprawdę nic nie pamiętacie? — dopytał się mistrz Fu, przeglądając zdjęcia z księgi Miraculous w poszukiwaniu odpowiedzi. — Księga nie wspomina o tym.
— Skąd wy ja macie? — zdziwił się nagle Adrien, zabierając strażnikowi Miraculous telefon. Przerzucił kilka przypadkowych stron i wtedy spojrzał najpierw na Marinette, a potem na mistrza Fu. — Pamiętam dokładnie te strony. Są częścią księgi, którą zabrałem ojcu, a którą… — urwał — zabrałaś mi. — Wskazał palcem na Marinette. — Czy mój ojciec jest Władcą Cień!? — krzyknął z przerażenia.
— Nikt tak nie twierdzi, chłopcze — próbował przekonać go mistrz Fu.
— Ale jak inaczej wytłumaczy fakt, że mój ojciec… No ale to chyba możliwe. Czasami znika, w zasadzie często. No i to dziwne zachowanie. — Zaczął chodzić wokół dywanu. — I miał tę księgę. I bilet z Tybetu. I broszkę w kształcie ogona pawia…
— Broszkę w kształcie ogona pawia?! — krzyknął mistrz Fu. — Jak wyglądała?
— Jak ogon pawia — powtórzył niepewnie Adrien.
— Chłopcze, właśnie odnalazłeś zaginione przez laty miraculous pawia. Jeśli faktycznie twój ojciec jest Władcą Ciem, to mamy poważny problem.
— Nie wiemy tego na pewno! — weszła do rozmowy. — Nie możemy zakładać, że pan Gabriel to nasz największy wróg. Przecież sam padł ofiarą Władcy Ciem.
— I to w idealnym momencie — podkreślił mistrz Fu. — Zaiste w odpowiednim momencie. Właśnie wtedy, kiedy księga zniknęła, a my zaczęliśmy go podejrzewać.
— Podejrzewaliście mojego ojca? Jak mogliście? — Adrien usiadł przy ścianie. — To wszystko jest takie… Nie takie jak powinno.
— Na początku to nawet ciebie podejrzewałam — dodała cicho Marinette.
— Mnie?!
— No bo… Miałeś księgę i wszystko mi pasowało. Znikałeś zawsze, kiedy pojawił się motyl.
— I nigdy nie wzięłaś pod uwagę, że pod maską Czarnego Kota kryję się ja? — Mrugnął złośliwie. — Przecież obaj mamy ten sam urok osobisty — zażartował.
Zaśmiała się.
— Właśnie widzę. — Nie mogła się powstrzymać od komentarza. — Nie wiem, jak cię po tym nie poznałam.
— Mój blask cię oślepił, moja pani. — Skłonił się nisko. — I moje poczucie humoru powaliło w końcu na łopatki.
— Na pewno, koteczku...
Uśmiechnęła się. Teraz dopiero docierało do Marinette, jak blisko była z Kotem i jak niesłusznie odrzucała jego uczucia. W imię czego? Miłości do Adriena? Ile znaczyła, skoro nie umiała rozpoznać w Czarnym Kocie swojego ukochanego? Krucha i nic nieznacząca — słowa wciskały się jej na usta. Popełniła błąd, pewnie nie jeden, i teraz nie wiedziała, jak go naprawić. Powiedziała już „nie”. Wyznała, że w jej sercu jest tylko jedno miejsce i należy ono do kogoś bliskiego. Jednocześnie wyznała miłość i odrzuciła tego samego chłopaka…
Załamała ręce.
Uderzyła się lekko czołem o ścianę, a potem przy niej usiadła.
— Przepraszam — wydukała.
— Za co?
— Za… — zawahała się. — Za wszystko — dokończyła ostatecznie.
Ogon Adriena zaczepił w twarz. Odepchnęła mięciutki, puszysty ogonek i po chwili tego pożałowała. Pacnął ją złośliwie prosto w policzek.
— To… bolało — zdała sobie sprawę.
Adrien miauknął. Musiało jej się zdać, ale kiedy po raz drugi wydał z siebie miauknięcie, zaniepokoiła się. Podeszła bliżej chłopaka. Skulił się i odskoczył na czterech kończynach. Plecy wygiął w koci grzbiet.
— Adrien? — spytała niepewnie.
Włosy zjeżyły mu się na głowie. Ogon wyprostował na sztorc, kiedy Marinette wyciągnęła dłoń ku chłopakowi. Kiwnęła na Tiki, lecz nim zdążyła przemienić się, Adrien przeskoczył nad nią i wybiegł z pomieszczenia.
— O… — odparł jedynie mistrz Fu. — Chyba trzeba go powstrzymać — powiedział wyjątkowo obojętnym tonem.
— Chyba?! — krzyknęła. — Najbardziej znany model Paryża biegający po całym mieście jak kot. — walnęła się w czoło. — Przecież to temat na pierwsze strony. Kariera zakopana pod gruzami plotek i złośliwych uwag, a potem zamknął go jeszcze zakładzie dla obłąkanych. A co jeśli..
— Marinette, przemiana! — pogoniła ją Tiki.
— Tak. Tiki, kropkuj.
Czerwony strój oplótł jej ciało. Magia przepłynęła tym samym strumieniem, który zawsze muskał jej skórę. Okręciła jojo i ostatni raz spojrzała na mistrza Fu.
— Znajdę go! — obiecała i wyskoczyła z mieszkania.
Wyszła prosto na ulicę i rozejrzała się. Całe szczęście, że jeszcze nie wybiły godziny szczytu, choć wciąż widziała sporo przechodniów, którzy mogli znaleźć Adriena przed nią. Błagała w myślach, by tak się nie stało.
— Kici, kici — zawołała.
Głębokie, nieprzypominające kota miauknięcie dobiegło z okolic płotu. Pobiegła w tamtym kierunku. Adrien siedział pośrodku płotu, oblizując wierzch dłoni. Zjeżył się, gdy ją zobaczył.
— Kici, kici, nie bój się — powiedziała do niego.
Pochylił głowę na bok, a potem uciekł za śmietnik. Schował się w cieniu, skąd nie było już ucieczki. Marinette zarzuciła jojem, owijając sznur przez cały śmietnik. Adrien zawył żałośnie.
— Przepraszam, ale nie mogę inaczej.
Zacharczał. Wyciągnął rękę i zadrapał krótkimi paznokciami powietrze. Oczy aż zalśniły mu w cieniu.
— Oj, grzeczny kotek. Dam ci coś dobrego, jak grzecznie wrócić.
Wyszczerzył zęby, ale niekoniecznie w uśmiechu. Marinette prędzej uwierzyłaby, że ją ugryzie. Ściągnęła więc sznur od jojo i szybko okręciła samego Adriena. Pociągnęła go na tyle mocno, że się przewrócił. Warknął, bardziej jak pies, aniżeli kot.
Pokręciła głową zawodząco.
— I co z tobą zrobić? — spytała.
Ból chwycił ją w piersi. Przyklęknęła, poluzowując sznur. Adrien uwolnił się i uciekł za płot.
— Nie! — zawołała za nim, ale nie zdołała się podnieść.
Straciła dech w piersi. Po plecach rozniósł się bolesny impuls, który przeszył ją wskroś, a potem nastała już tylko ciemność.
Straciła dech w piersi. Po plecach rozniósł się bolesny impuls, który przeszył ją wskroś, a potem nastała już tylko ciemność.
Drogi Czytelniku, jeśli rozdział/opowiadanie/one-shot spodobał Ci się, chcesz zobaczyć więcej rozdziałów, wesprzeć mnie choćby kawą, to zapraszam. Masz dwie opcje do wyboru:
* Paypal - https://www.paypal.me/rolaka
* Patronite - https://patronite.pl/rolaka

1 Komentarze
I need to to thank you for this very good read!! I definitely loved every little bit of it. I have you bookmarked to check out new things you post… multiselect definicja
OdpowiedzUsuń